Rajd w poszukiwaniu Yeti , edycja 2014 - chatka Skalanka, Worek Raczański.

Marzec - ostatni z zimowych miesięcy. Wydawało by się idealna pora na terenowe poszukiwania legendarnego Yeti. Czy aby na pewno? Ostatnimi czasy pogoda w Polsce chyba  ma coś do powiedzenia w temacie, dając temu wyraz w ostatni weekend, czyli 7-9.03.2014. W te dni odbyła się kolejna edycja klubowego rajdu poświęcona patronowi "STKN", cel - Chatka Skalanka w Worku Raczańskim (Beskid Żywiecki).

Dzień wyjazdu był dla mnie osobiście bardzo gorączkowy. Piątkowa zbiórka wyjazdowa była zaplanowana pod akademikami na godzinę 17, podczas gdy ja dopiero o 16 skończyłem pracę w drugim końcu miasta. Wbrew pozorom to bardzo mało czasu, żeby przebić się przez zatłoczone ulice w godzinach szczytu. Na domiar złego - autobusem. Spakowany plecak czekał już od dnia poprzedniego, trzeba było tylko szybko się przebrać, zjeść i wybiec w kierunku punktu zbiorczego. Na szczęście nie ma to jak "klubowe umawianie" - parę telefonów i okazało się, że zamiast dobrej godziny moje spóźnienie trwało tylko kilka minut.

Dotarłszy pod DS Herkules moim oczom ukazała się charakterystyczna (czytaj h-amerykańska) sylwetka samochodu Gonza, z którym przypadało mi tym razem jechać, a razem z nim Klaudia i Jarek. Po ostatniego członka naszej ekipy - Artura - mieliśmy jeszcze podjechać. Z kolei parę godzin wcześniej wyruszyła druga ekipa: AnToHaKa (Ania, Tomek i Hania K.), Mateusz, Daniel. Sama podróż przebiegała bez żadnych ekscesów - krótki postój w Dąbrowie Górniczej, Bielsko, Żywiec, po czym zjazd z głównej drogi w Milówce i już bezpośrednio do miejscowości Sól, z której wiedzie najkrótsze podejście na Skalankę.

Pieczątka Chatki Skalanki

Na miejscu przywitał nas ożywczy podmuch górskiego powietrza. Nad głowami górował księżyc w pierwszej kwadrze, oświetlając swym blaskiem okolicę. Poinstruowani telefonicznie przez Tomka jak dotrzeć do chatki, narzuciliśmy plecaki na plecy i ruszyliśmy ku naszemu celu. A przynajmniej tak się nam wydawało. Mieliśmy iść wzdłuż wyciągu orczykowego, a tu takiego za Chiny. Ponowny telefon i wyszło szydło z worka. Nie wiedzieć czemu szlaku chatkowego szukałem na stokach Oźnej, czytaj po zupełnie przeciwnej stronie doliny. A mapę jak zwykle miałem w plecaku. Nie ma jednak tego złego - nie wiem jak inni, ale ja akurat nie żałuję tego nadprogramowego spacerku. Zawróciliśmy z powrotem na parking i tym razem już idąc po właściwych stoku w przeciągu kilkunastu minut stawiliśmy się u drzwi Skalanki.

W tym miejscu na kilka słów opisu zasługuje sam obiekt. Jest to obiekt piętrowy, z podpiwniczeniem. Na parterze znajdują się dwa (przelotowe) pokoje z lotniskowcami do spania, jadalnia z kominkiem, kuchnia z piecem oraz kuchenką gazową, na uwagę zasługuje także obszerny "przedpokój". Górne piętro zajmuje w całości część sypialna, również z lotniskowcami, zaś w podpiwniczeniu znajduje się stanowisko strzałowe - czyt. ubikacja oraz łaźnia. Na zewnątrz zmęczonego wędrowca wita przestronna weranda, przed chatką znajduje się także wysoka wiata, pod którą można rozpalić ognisko. Przywitawszy się z  resztą naszej ekipy jak i opiekunami chatki, rozłożyliśmy się w jadalni. Reszta tamtego wieczoru zleciała nam  na wszelakich rozmowach przy kominku, snując wstępne plany na dzień następny.

Skrzypiące deski górnego pokładu lotniskowca dawały się we znaki już od wczesnych godzin porannych. Z uporem maniaka próbowałem je jednak ignorować i spać dalej zbytnio się przy tym nie wiercąc. I choć tym sposobem udało mi się odroczyć pobudkę, to nie można przecież spędzić całego dnia w śpiworze. Szybka toaleta, "Mleczny Start" na śniadanie i na szlak - bez zaskoczenia - na Wielką Raczę. Sprytnie rozwiązaliśmy za to kwestię drogi powrotnej. Kasprzyccy z Hanką również obrali ten sam cel co my, ale planowali ruszyć później spod Rycerki Górnej. Pojechali więc na dwa samochody, tak abyśmy my - ekipa atakująca prosto z chatki - miała jak na nią wrócić. Szczwany plan.

Na szczyt Wielkiej Raczy ze Skalanki prowadzi szlak czerwony - Główny Szlak Beskidzki. Wije się wzdłuż polsko - słowackiej granicy, przez większą część równolegle ze swoim niebieskim odpowiednikiem zza granicy. Oczywiście, żeby nie było za łatwo, nie mogliśmy znaleźć jego początku, choć prawie pod samymi oknami chatki. Czyli jakby powtórka z rozrywki z dnia poprzedniego. Przy takiej pogodzie nie ma się jednak co przejmować. Pełne słońce sprawiało, że wszelkie kurtki, czy nawet bluzy nabrały nową funkcję - zbędnego balastu.

Droga do celu była bardzo urozmaicona. Szlak to wspinał się na kolejne szczyty, by zaraz z nich schodzić, a czasem obchodził wierzchołek dookoła. Większa jego część wiła się przez las, czasem przecinając jakąś polanę, czasem wielkie połacie terenu, gdzie dawny las świerkowy był już tylko wspomnieniem. Teren w większości był błotnisty, szczelnie oblepiający bieżnik podeszew, choć na dwóch podejściach (bodajże na Kikułę i na samą Raczę) zachowała się warstwa zmrożonego śniegu gruba gdzieś po kostki. Co chwilę mogliśmy się raczyć widokami to na okoliczne stoki, to na dalsze pasma, czy na ulokowane w dolinach wsie i przysiółki. Tylko Jarek, jakby zmęczony na każdym postoju ucinał sobie drzemkę. Jakby kumulował energię przed przejściem w osławiony tryb nieśmiertelności.

Pieczątka ze schroniska na Wielkiej Raczy

Choć ostatni raz schronisko na Wielkiej Raczy widziałem dobrych parę lat temu, jednak jego bryła doskonale utkwiła mi w pamięci. Zanim jednak dane było nam ogrzać się w środku, z rozpędu wgramoliliśmy się na platformę widokową na samym szczycie. Na platformie zainstalowano tablicę z różą kierunków, na której opisano otaczające szczyty. Widoczność była na tyle dobra, że (choć trochę nie wyraźnie, ale zawsze) w oddali majestatycznie rysowały się ośnieżone szczyty Małej Fatry i Niżnych Tatr -  Velky Rosutec, Chopok. Nasyceni okoliczną panoramą, zeszliśmy do schroniska się posilić. W głównej sali schroniska czekali już nasi - czyli rodzinka Kasprzyków w komplecie wsparta krakowską ekipą znajomych Kingi. Hania rzecz jasna prawie całą trasę pokonała na plecach Tomka i okazało się że nie była jedyna. Tą samą drogą dostała się także Hela z innej ekipy, która tegoż dnia wybrała się na Raczę. Z zupełnie innej beczki (prawie dosłownie) - zaskoczyło mnie zaopatrzenie schroniska. "Czarna Fortuna" po dobrym treku - to jest to co tygryski lubią najbardziej.

Ekipa na Raczy

Jeszcze ostatni rzut oka na panoramę Małej Fatry, zdjęcie grupowe (trzema aparatami jednocześnie, w tym jeden na kliszę, ciekawe czyj.... ) i raźnym krokiem podążaliśmy ku pozostawionym samochodom, a potem na chatkę. Na miejscu czekało nas - znaczy się męską ekipę niemałe zadanie. Jakby ktoś nie zauważył w sobotę wypadał Dzień Kobiet. Jeszcze przed wyjazdem naradziliśmy się z Mateuszem, jakby uczcić święto naszych klubowiczek. W mojej głowie zrodził się pomysł dość oryginalny, acz w nietypowym wydaniu - tulipany w wydaniu origami, świeżo składane. Zadanie okazało się dość karkołomne biorąc pod uwagę wieczorową porę, chłopakom trochę wręcz puszczały nerwy. Myślę jednak, że efekt finalny był co najmniej zadowalający, a zaskoczenie niemałe. Stałym punktem każdej klubowej imprezy jest wspólne "gitarośpiewanie". Tradycyjnie - leciały standardy piosenki turystyczne, jakaś szanta, klasyka polskiego rocka, czasem coś zza granicy. W tym roku za sprawą świeżej krwi w postaci Artura repertuar powiększył nam się o kolejne "hiciory", tym razem z gatunku.... pieśni oazowej. Jak to mówią, trzeba poszerzać horyzonty... I tak przy wspólnej biesiadzie mijały kolejne nocne godziny.

Następnego poranka obudziły mnie dźwięki gitary dobiegające z jadalni. Tyle że jedyną osobą od Nas z klubu, która o tej porze nie spała, była Hania, więc to raczej nie ona. Zaciekawiony wypełzłem ze śpiwora, sprawdzić któż to daje popis swoich umiejętności. Tajemniczym wirtuozem okazał się Chatkowy i bynajmniej nie jest to przesadzone określenie. Standardy turystyczne, ballady Leonarda Cohena, coś ze Scorpions ("When the smoke is going down"), czy rewelacyjnie zagrane "Stairway to heaven" Zeppelinów  - to tylko fragment repertuaru porannego koncertu. W takich warunkach nawet "Mleczny Start" smakuje jakoś... lepiej.

Czas mijał leniwie. Nie mogliśmy uzgodnić sensownego planu na ten dzień. Pomysłów było mnóstwo - a tu szybki strzał na pobliską Oźną, a to może wizyta w muzeum piwowarstwa w Żywcu, albo jakiś park linowy. Każda opcja z jakiś przyczyn okazywała się jednak niewypałem. W międzyczasie ulotniła się Klaudia, wybierając się na spacer z nowo poznanymi kompanami. Dla mnie przygotowane w zanadrzu zadanie miał już Jarek. Specjalnie na chatkę wziął ze sobą... laptopa, aby skonfigurować mu Aero2 (darmowy internet). Nawet na chatce człowiek się nie opędzi od tych komputerów, no ale pół minuty i po robocie. Wymknąłem się więc na werandę i w promieniach marcowego słońca począłem uzupełniać swój zeszyt - dziennik turystyczny. Razem z Mateuszem pomogliśmy przetransportować opał na kolejny tydzień. Po jakiejś chwili dołączył do nas Artur, a w nasze łapki wpadł łuk. Tak na oko już troszkę lepszy model sportowy. Za cel obraliśmy wielką pakę wełny szklanej. Z czasem ekipa adeptów łucznictwa powiększyła się - czyli mieliśmy już wypełniony czas przed wyjazdem. Z początku szło Nam gorzej niż na paraolimpiadzie, ale kilka celnych wskazówek Gonza (który jako były pracownik jednego ze sklepów militarnych nie jedną broń trzymał w ręku) i powoli coś zaczynało sensownie wychodzić.

Skalanka w pełnej okazałości

Czas mijał, strzały fruwały koło uszu, to jakiś leniwiec albo dwa wygrzewały się na dachu szałasu ogniskowego. Sielanka nie mogła trwać wiecznie trzeba było się zbierać. Sęk w tym, że po Klaudii ślad zaginął. Dopiero po kilu telefonach udało się uzyskać strzępy informacji - spacer okazał się przejażdżką terenową, zakończoną efektownym finiszem w błocie, z dala od ludzi. Raczej nie zanosiło się na szybkie wydostanie. Czyli jak zwykle musi być jakiś zgrzyt; umówiliśmy się więc, że spotkamy się na krzyżówce już poza chatką. Zebraliśmy wszystkie graty i zeszliśmy z powrotem wzdłuż orczyka, który w piątek wyznaczał nam drogę na chatkę, mając przed oczami malujący się z daleka ośnieżony szczyt Pilska (a przynajmniej tak Nam się wydawało).

Dalsza droga odbyła się już bez ekscesów. Popas w McDonaldzie, postój w Dąbrowie Górniczej - aby wysadzić Artura, który razem z Adamem (Śpiewakiem) miał następnego dnia zaatakować grań tatrzańską (który to atak, jak już wiemy, się powiódł, ale może uda się namówić, aby napisali parę słów). Narodził się nowy super bohater - "Sleeps everywhere, every time, in the same position - The ComaMan. Takim wypadem można doskonale podładować akumulatory. Ja natomiast przywiozłem ze sobą dwie rzeczy . Apetyt na więcej, no i kilo błota na butach.

comments powered by Disqus